Baza cytatów

czwartek, 12 grudnia 2013

Scena nr 27. Finał.

Jest godzina 23:33, a dzień 11 grudnia 2013 roku, kiedy zacząłem tego posta.
To ostatni post na tym blogu. Dlaczego? Tak po prostu.
Nie mam żadnego powodu, by go kończyć.
Nie miałem też żadnego powodu, by go zaczynać.
Nie miałem i nie mam żadnego powodu, by go prowadzić.
Był to kaprys.
Jak każdy inny.
Jak życie.
Jak poranna herbata.
Jak miłość.
Jak to, że trzeba zakładać bieliznę codziennie rano.
Kaprysem nawet jest to, że słońce wstaje codziennie rano.
Bo czym innym? Codziennym rytmem? Śmiechu warte.
Nie ma czegoś takiego jak codzienność.
Codzienność jest sztucznie stworzona przez człowieka, by ten poczuł się bezpiecznie.
Bezpieczeństwo to iluzja.
Niebezpieczeństwo także.
Rzeczywistością są rany, które mogą zostać zadane przez tę iluzję.
To je odczuwasz. Odczuwasz rany psychiczne, które niebezpieczeństwo na Tobie wywiera. Nazywasz to strachem, obawą, zazdrością, czymkolwiek. Każda emocja to rana.
A potem już zostają rany fizyczne... To już jest nic wielkiego.

00:24 12 grudnia 2013. Dobranoc.

wtorek, 1 października 2013

#26 Hm.

Piszę dalej. Bo tak. Taki kaprys, choć nie ma to większego znaczenia.
Zorientowałem się, że jest we mnie tyle lęku przed ludźmi. Ogromna ilość.
Wszystko na siebie się nakłada i... Ale od początku.
Zostałem wychowany w taki sposób, bym się niespecjalnie wychylał i raczej bym uważał, by nikogo nie urazić.  To po pierwsze.
Po drugie. Moje przeżycia, to co dotychczasowo przeżyłem. Nie będę się rozdrabniał, lecz po prostu sprawiło to, że zamknąłem się na ludzi.
Trzecie. Nie chcę ranić ludzi. Ranienie ludzi jest dla mnie porażką za każdym razem.
Tutaj zaczynają się schody, bo moja psychika znacznie uprościła proces myślowy w tym zakresie.
1. Możliwość ranienia ludzi istnieje wtedy, kiedy pojawiają się więzi.
2. Więzi pojawiają się wtedy, kiedy ludzie ze sobą przebywają, rozmawiają, poznają siebie.
Wniosek: Nie rozmawiając z ludźmi nie zawiązuje się więzi, więc nawet nie ma szans, bym mógł kogoś zranić. Voila.
Pojebało mnie.
Ostro mnie pojebało.
Nie wiem czemu tak myślę.
Nie umiem sobie z tym poradzić i trudno nie stwierdzić, że mnie to niszczy.
Chyba.

Wpadłem w marazm. Nie mogę się za nic zabrać, a jeśli o tym myślę, to coraz mniej mi się chce zastanawiać nad tym co mogę porobić, przez co nie chce mi się podwójnie, a nawet potrójnie.
W końcu nie robię nic.
Bezmyślnie gapię się w ekran bez jakiejkolwiek możliwości twórczych, których tak bardzo pragnę.
Bez tworzenia jestem nikim... No, z tworzeniem zresztą też, ale wtedy jestem mniej nikim, a to już coś. A chciałbym być kimś, lecz do tego jeszcze długa droga... jeśli w ogóle dotąd dotrę kiedykolwiek. Nigdy nie wiadomo, kiedy kończy się droga.


 Zdecydowanie za dużo tutaj wrzuciłem, ale to nie mój problem.

czwartek, 26 września 2013

#25

Dwudziesty piąty wpis (według mojej numeracji). Już jedna czwarta setki, a ja nadal nie wiem o czym konkretnie pisać. Nie wiem nawet czy pisać. Najpierw powinienem ogarnąć życie, ale w sumie życie nie jest mi tak bardzo potrzebne, choć moja bezowocna egzystencja powinna się zmienić na... bardziej owocną. Przynajmniej chciałbym, by taka się stała.
Tymczasem wrzucam zdjęcie kota, które znalazłem na dA.
Jeszcze jedno, a co, nie będę żałować.
Smutno mi. Mocno.
 

środa, 25 września 2013

#24 ..?

Nadal mam poczucie  jakbym pisał tutaj niepotrzebnie i to wszystko jest bez sensu (choć w istocie jest jak zresztą wskazuje tytuł bloga). Nie pisałem tutaj od lipca. Niemal dwa miesiące. Nie wydaje mi się, żeby był to szmat czasu. Żeby było to długo. Ot, wakacje, podczas których nawet nie zrobiłem nic konstruktywnego, z czego mógłbym być zadowolony, rozleniwiły mnie i sprawiły, że nie miałem w ogóle motywacji do czegokolwiek... Teraz zresztą też nie mam.

Ten wpis piszę już od tygodnia, może dwóch. Nie potrafię się za to zabrać. Jak zresztą za wszystko, co kiedykolwiek zacząłem. Wkurwia mnie to ostro.  Mój słomiany zapał jest tym, czego chyba w sobie najbardziej nienawidzę (oprócz bycia aspołecznym typem i nieumienia ludzi). Zawsze zaczyna się całkiem spoko i ogarniam najpierw na luzie, a potem idzie mi coraz ciężej.
I ciężej.
I ciężej.
Aż nie mam ochoty ruszyć dłonią w tym kierunku. Nie wiem czemu taki jestem. W sumie chyba nawet nie wiem jaki jestem, ale to już zupełnie inna kwestia. Ważniejsze jest to, że bardzo szybko tracę z oczu cel.
A może właśnie nigdy nie obieram żadnego celu i robię wiele rzeczy dla samego robienia ich? Może gdybym miał w tym jakikolwiek cel przychodziłoby mi to łatwiej? Przeważnie obieram za cel to, co jest trudne do osiągnięcia. Oczywiście, trzeba sobie zawieszać wysoko poprzeczkę, ale czasem może być już ZA wysoko. Tak też się zdarza, a ja się często na tym łapię.
Trudno.

Od początku wakacji próbuję przebić się przez "Dolinę Issy" Miłosza. Jak dla mnie jest to trudna lektura. Zdecydowanie za trudna, lecz jeśli już zacząłem to chcę to skończyć. Może nie powinienem się za to zabierać, lecz w pewien dziwaczny sposób chcę wiedzieć co stanie się dalej, choć w fabule praktycznie nic się nie dzieje... a jednocześnie tak wiele. Może to jedynie moje wrażenie, lecz ta powieść całkowicie mnie oczarowała, jednocześnie odrzucając. Jest to dziwaczne.

W sumie tak samo jak z tym blogiem - nie chce mi się, a jednocześnie daje mi to w pewien sposób spokój. Dlatego piszę, choć nie wiem po co i dlaczego.

środa, 24 lipca 2013

#23

Nie wiem po co tu piszę. Nie widzę w tym sensu, bo i tak nikt tego nie czyta.
W zasadzie na tym powinien skończyć się ten wpis.
Po co więcej pisać?
Właśnie.
To tyle.

czwartek, 20 czerwca 2013

#22 Anty-Utopia

Nie wiem po co to piszę, bo to pewnie nie będzie mieć w ogóle sensu, ani nikogo to nie interesuje, ale z drugiej strony to mój blog i gówno powinno kogokolwiek interesować co tutaj wstawiam, więc będę pisał to co będę chciał, bo po prostu mogę i nikt mi nie zabroni. :)
Tak po prostu.

Ostatnio sobie myślałem, że chciałbym przeczytać "Nowy, wspaniały świat" Huxleya czy "Rok 1984" Orwella. Myślałem, że chciałbym dowiedzieć się czym jest antyutopia, co się z tym je i w ogóle. Jednakże zupełnie zapomniałem o pewnej książce Raya Bradbury'ego "451 stopni Fahrenheita", którą czytałem dobre kilka(naście) miesięcy temu.

Tytułowa temperatura nie jest niczym innym jak temperaturą, w której pali się papier. W powieści Guy Montag - tytułowy bohater i strażak (w tamtym świecie strażak jest człowiekiem z miotaczem ognia, który pali książki) - już na pierwszych stronach spotyka Klarysę. Kilkunastoletnią sąsiadkę z domu obok, w którym nie ogląda się telewizji, a zamiast tego często słychać śmiech i czuć rodzinną atmosferę na kilometr. W tym momencie zaczyna się zmieniać jego życie. Zaczyna czytać książki - bo to one zawierają w sobie tak wiele - i momentalnie zmienia się jego nastawienie do świata. Jego życie zaczęło nabierać sensu. Czy książki mają taką moc? Wydaje mi się, że nie. One jedynie wzbudzają uczucia i emocje, które nas porywają, zmieniają i kształtują na swoją modłę. Wracając - bezbarwna, bezemocjonalna egzystencja zmieniła się w coś o wiele więcej. Pełną emocji i marzeń rzeczywistość, w której ten mężczyzna istniał... Choć o niej zdał sobie sprawę trochę za późno.
W książce twierdzono, że literatura to największe zło. Oczywiście - nie było wojen, kłótni, bójek, nienawiści, ale też nie było radości, smutku, szczęścia, miłości. Niczego co nadaje światu tyle sensu. To tak jakby zostawić pusty karton po mleku, a zawartość wyrzucić, bo można się zachłysnąć płynem... Albo wyrzucić zapałki, bo może się zaprószyć ogień. Niedorzeczne...

Dzisiaj, w zasadzie przed chwilą, oglądałem film "Equilibrium" Kurta Wimmera... Znowu historia o świecie bez uczuć. Bez emocji. Bez kontaktów międzyludzkich. Jedynie egzystencja, która nie ma sensu. Która istnieje tylko, by istnieć, a oddechy są jedynie zegarem, który odlicza czas do końca. Nie chciałbym żyć w takim świecie. Choć mogę się bardzo utożsamiać w myśl dekadentyzmu, to osobiście lubię czuć. Lubię odczuwać wszystko, czego doświadczam. Nie chciałbym być pustą kukłą, która chodzi, by chodzić, mówi, by mówić, a słucha, by słuchać. Robić coś dla samego robienia. Musi być to irytujące.

To chyba wszystko... Dobranoc.

wtorek, 11 czerwca 2013

#21 całe44dniodpoprzedniegowpisuhehe

DZIEEEEEEEEEEEEEEeeeeeEEEEEńdOOOOOOOOOOoooooOOOOOobryyyyy.

Mniej lub bardziej, ale zawsze, nie?

Dawno nie pisałem, co? Też tak myślę, ale lepiej późno niż wcale.
W zasadzie to nie wiem o czym mam pisać, ale czemu nie.
Kto mi zabroni. XDDDDD
W zasadzie chciałbym odpowiedzieć sobie w tym wpisie na jedno pytanie. Chyba ważne w pewnym sensie.
CO JA, KURWA, ROBIŁEM PRZEZ OSTATNI MIESIĄC?! XD
Cóż... Co takiego mogłem robić?
Czytałem, o!

"Cień wiatru" - kolejna powieść autorstwa Carlosa Ruiza Zafona, którą przeczytałem. Wydaje mi się nawet lepsza od "Gry anioła" ... Jest bardziej mroczna, bardziej tajemnicza. Pokazuje beznadziejność świata. To, że człowiek ma w sobie zło, które czeka tylko, by się uwolnić. Pokazuje cierpienie, które może zniszczyć człowieka. Dziwnie się czułem to czytając... Krótko mówiąc polecam.

Przeczytałem też w końcu "Metro 2034"... Jeśli o to chodzi: dobra powieść, ale bez polotu. Nic co mogłoby mnie przykuć do treści, wątku na dłużej. Ot, coś lekkiego, mało zajmującego. Coś dobrego na podróż pociągiem czy autobusem, lecz nie po to, by rozmyślać, wzbudzać w sobie refleksje.

Mało pisałem. Niestety. Chciałbym pisać więcej, mieć na to siłę. Na razie jej nie znalazłem. Nie wiem czemu. Muszę znaleźć sobie coś, co popchnęłoby mnie do działania, do pisania właściwie. Co to takiego będzie? Trudno powiedzieć, lecz wiem, że coś takiego musi istnieć. Gdzieś. Nie wiem czy w teraźniejszości, czy w przyszłości. A może już istniało? Byłoby nieciekawie...

Nic więcej na razie nie napiszę. Wiem, że to za mało na półtora miesiąca przerwy, lecz nic na to nie poradzę. Mam tak dużo do napisania, ale nie wiem jak mam to opisać... No cóż...

niedziela, 28 kwietnia 2013

#20 Przydałoby się w końcu napisać wpis, co?

Ostatnio zdziwiłem się spoglądając na statystyki mojego bloga.
Otóż 20, 22 i 26 kwietnia zajrzało ok. 10 osób...
Dziwne, cholernie.
Udam, że nic takiego się nie stało. Serio. XD

Od razu przejdę do meritum, czyli to co się u mnie dzieje.
Tak, wiem. Nikogo to nie interesuje. Co z tego?
Chociaż nie... Nie mam co pisać co u mnie.
Nuda, rutyna, nic ciekawego.
Wpadłem w tę irytującą pułapkę, z której tak trudno wyjść.
W końcu będzie trzeba to zrobić i dlatego piszę wpis na bloga.
Może to mi pomoże? Kto wie.


Ostatnio zacząłem, jak łatwo zauważyć spoglądając na jeden z bloków po boku, czytać "Grę anioła" Carlosa Ruiza Zafona.
Powieść jest o pisarzu. Takim jak każdy, ale z drugiej strony, który pisarz jest taki jak każdy? Prawdziwy pisarz jest unikatowy... Przynajmniej tak mi się wydaje. Właśnie z tego powodu ja - bezdenne lustro odbijające szarą, przeciętną rzeczywistość - nigdy nim nie zostanę, choćbym nawet bardzo chciał.
Ale przejdźmy do rzeczy - pisarz ten był porażką. Wrakiem człowieka bez jakiegokolwiek sensu życia, a jeśli nawet takowy znalazł, to ten znikał w mgnieniu oka pozostawiając go w odosobnieniu i rozpaczy.
Czasem myślę, że mógłbym się taki stać za jakiś szmat czasu. A nie chcę. Tak cholernie nie chcę, że moja krew odpłynęłaby z mej twarzy, gdyby to była kolejna fikcja. Ale tak się nie stanie, bo to rzeczywistość, do której człowiek jest tak przyzwyczajony, by nie reagować w sposób, jaki ukazuje nam fikcja.
Smutne, a zarazem takie normalne. Przyzwyczajenie do normalności, rutyny. Pogodzenie się z nią tak szybko, że nawet nikt się nie spostrzeże.
Chciałbym się od tego oderwać. Żeby każdy dzień był inny, interesujący. Może nie zapierający w piersiach, ale nie taki sam jak wczorajszy czy przedwczorajszy. To zaczyna być nużące do tego stopnia, że człowiek godzi się ze swym losem.
Chciałbym z tym walczyć, ale nie mam pojęcia w jaki sposób.

Nie ma to jak zacząć opisywać to, czego jestem w trakcie, a dopiero potem pisać o tym, co się skończyło. Taki rebel... i może właśnie przeciwstawienie się rutynie? Kto wie. ;)
Tutaj też będzie o czytaniu, bo czemu nie?
Skończyłem czytać esej literacki, o. "Jak powieść" Daniela Pennaca.
Głównie traktuje o czytaniu przez młodzież i opiniach rodziców na temat tego, co hamuje rozwój młodego człowieka jako czytelnika.
Autor neguje wszystkie przekonania o szkodliwości dzisiejszej epoki w tym aspekcie i przytacza ludzi, którzy swoim zachowaniem i czynami potrafili zachęcić młodych ludzi do czytania.
Cholernie mnie to zmusiło do refleksji i spowodowało, że dojrzałem jako czytelnik... Tak przynajmniej mi się wydaje.
Znalazłem też kilka całkiem dobrych sentencji czy myśli, które chciałbym tu przytoczyć...

"Kochać to, w ostatecznym rozrachunku, obdarowywać naszymi upodobaniami tych, których sobie upodobaliśmy."
"Gdyby tak za każdym razem rozpatrywać miłość pod kątem naszego rozkładu zajęć, kto by w ogóle ryzykował? Kto ma czas na bycie zakochanym? A przecież, czy ktoś kiedy widział, by zakochany żałował czasu na miłość?"
"Człowiek buduje domy, ponieważ żyje, ale pisze książki, bo wie, że umrze. Mieszka w gromadzie, bo jest stworzeniem stadnym, czyta natomiast, bo zdaje sobie sprawę ze swej samotności."
Dwa pierwsze - jak widać - o miłości. Jak to można pięknie przyrównać miłość do czytania...
A ostatni?  Z samotnością jestem za pan brat, więc pomyślałem, że to bardzo dobra myśl.

Pewnie z "Grą anioła" będzie tak samo, że wpiszę tutaj też kilka dobrych sentencji. Pewnie będzie ich jeszcze więcej, bo mam ich zapisanych już naprawdę dużo.

Kolejna rzecz. Naszła mnie pewna myśl.
Najlepsze jest to, że ta myśl naszła mnie podczas wożenia drewna do kotłowni. Zadziwiające, że te najciekawsze nachodzą mnie podczas tak prozaicznych i powtarzalnych rzeczy. Nieważne.
A więc: ludzie tworzą się sami i są tworzeni przez innych.
Człowiek może i rodzi się takim jaki jest, ale rzadko bywa, by nadal był taki przy tym, kiedy zaczyna mówić czy chodzić. Nie wspominając już nawet co potem.
Zaczyna się być wychowywanym przez rodziców, rozpieszczanym przez dziadków i wujostwo, deprymowanym przez starsze rodzeństwo, jeśli ma się takowe, czy kuzynostwo.
Pojawiają się pierwsze decyzje i wybory. Mało kto się nad tym wtedy zastanawia, ale nawet chyba to, i to w tak wczesnym wieku, nas kształtuje. Od początku.
Potem zaczyna się dorastanie, dojrzałość, a na koniec starość, kiedy jest się tak wykształtowanym, że samemu prawie nie da się wyjść z postawionych ram.
Człowiek jest jak księga, która na początku ma zapisaną jedynie jedną datę - urodzenia - by z wiekiem być zapełnianą. Każdego wersu nie można już zmienić i można pisać jedynie dalej. Do czasu. Do napisania ostatniej linijki z kolejną datą - datą śmierci. Dopiero wtedy człowiek jest. Pomimo, że tak naprawdę już go nie ma, to dopiero wtedy jest niezmienny. Gotowy, by zostać zapamiętanym.

To chyba tyle. Tak myślę. Ten wpis był cholernie czytelniczo-egzystencjalny. Cóż, zdarza się. Jak o czymś zapomniałem to pewnie napiszę w kolejnym wpisie. Pozwolę sobie na taką rozrzutność, a co.

A, i pozdrawiam Tyrdkę. o. c:

To tyle. Żegnam. Tam jest wyjście. :3

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

#19 Takasobiezapchajdziura.

Tak, wiem, dawno nic nie pisałem.
Nawet nie wiem dlaczego.
Uwielbiam pisać, ale czasem nic mi się nie chce.
Tak po prostu. Zwyczajnie. Bez większego powodu.
Po prostu wstaję, włączam muzykę i siedzę. Bez większego celu.
Nic wtedy nie robię, nic, a nic. Zupełnie.
Może się wydawać to dziwne, ale ja potrafię.

Chcę zacząć znów czytać. Lektury jednak skutecznie mnie od tego oddalają.
Przez nie mam dość jakiejkolwiek książki. Tak patrzę na te okładki i mam automatyczny wstręt.
Cholernie mnie to irytuje... I to jeszcze jak!
Nienawidzę paradoksów, a tego właśnie doświadczam.
To jest jak wewnętrzne rozdarcie. Może nie jakoś specjalnie wielkie czy dramatyczne, ale nadal rozdarcie.
A chciałbym przeczytać coś Erica-Emanuella Schmitta, albo coś Carlosa Ruiza Zafona... Ale nie.
Nie dam rady, bo po prostu zaczynam się rozpraszać pomimo, że mnie to wciąga.
Wydaje się to absurdalne, ale ja tego właśnie doświadczam.
I CHOLERNIE MNIE TO WKURWIA.
JA CHCĘ CZYTAĆ.
... tak.

A propos książek - ostatnio w końcu dowlekłem się do biblioteki, by oddać zaległe książki...
Miałem zapłacić 70 zł kary. Borze, jaki rzal. Płaczę. ; _ ;
Ale zaproponowano mi, że kupię kilka mang i nie będę musiał płacić kary.
Zaoszczędziłem 10 zł...


Zająłem się pisaniem, piszę od ostatniego czasu bardzo dużo. Zacząłem nawet projekt opowiadania, gdzieś mam projekt wiersza. Jeszcze częściej udzielam się na PBF'ach.
Czuję się z tym lepiej.
Uwielbiam pisać, wydaję mi się, że jakiś tam poziom reprezentuję,
czemu się nie rozwijać w tym kierunku?
Myślę, że to dobry pomysł.




wtorek, 19 marca 2013

#18.5 Hehe

A jednak nie! Jednak znów chujnia!
Tak szybko.
Kocham to tak mocno.
Beka.
:3

#18 Chyba.

Chyba jest lepiej.
Chyba czuję się lepiej.
Chyba sobie radzę lepiej.
Chyba nawet potrafię się częściej uśmiechać.
To takie miłe.

Chyba wychodzę z tego doła. Serio.
Teraz to wszystko co było wcześniej wydaje się takie bezsensowne.
Bo po co się smucić, po co marudzić jak można lepiej patrzeć na świat?
Trzeba myśleć pozytywnie! Chyba...

Jednak niespecjalnie jestem tego wszystkiego pewny.
Wiem, że to lepsze, ale czy dobre?
Może powinno być lepiej?
Niby zawsze może być lepiej, ale kiedy jest "dobrze"?
Chyba nie da się tego tak zmierzyć, żeby określić konkretnie.
Dla każdego inaczej jest dobrze.
Wydaje mi się, że dla mnie nie będzie nigdy tak po prostu "dobrze".
Chciałbym, żeby było coraz i coraz, i coraz lepiej.
Tak bardzo lepiej, żeby się nie dało bardziej.
Czy tak się da?
Może kiedyś się przekonam.

"Jak powiedział pewien milicjant - smutek jest jak pochód - przemija."

sobota, 9 marca 2013

#17 Gdybym mógł.

Wiele rzeczy bym chciał zrobić gdybym mógł.
Gdybym mógł zostałbym kimś. Tak, wiem, jestem "kimś".
Ale nie o to mi chodzi.
Nie chcę być po prostu kimś. Kolejnym kimś wśród tłumu ktosiów nie wyróżniając się.
Czy to ma w ogóle sens?
Chciałbym być konkretnym kimś.
Kimś kto coś wniósł gdziekolwiek.
Kimś kto się odznacza... czym? tego nie wiem. Na pewno czymś co mogłoby być ważne.
Co byłoby przydatne, albo nawet nie, ale posiadałoby pewną wartość.
Niestety taki nie jestem.

Albo chciałbym być nikim.
No dobra... jestem nikim. Ale znów: nie w tym znaczeniu.
Chciałbym nie znaczyć nic dla kogokolwiek.
Byłoby łatwiej, bo nie musiałbym się martwić o nikogo.
Nie musiałbym się martwić, że kogoś urażę, że ktoś przeze mnie płacze.
Nie musiałbym nawet się starać, chociaż to wcale nie jest dobre, bo lubię się starać, choć rzadko z tego cokolwiek wychodzi, bo nie potrafię się starać...
Mógłbym się schować gdzieś głęboko, gdzieś gdzie mnie nikt nie znajdzie.
A nawet mógłbym się schować gdziekolwiek - i tak nikt by mnie nie szukał.
Byłoby to dobre, bo nawet jeśli ktoś byłby dla mnie kimś ważnym to nie bolałoby to tak bardzo, że taka relacja się kruszy, że przestaję potrafić rozmawiać z taką osobą. Nie byłoby w ogóle takiej relacji.
Serio, wydaje mi się to dobre.

Albo może chciałbym być czymś innym.
Może ptakiem, który widzi wszystko z góry. Obserwuje, ale nic z tym nie robi i żyje własnym życiem samotnika? Hahah, byłoby to miłe.
A może... nie wiem, może nic nieznaczącym robaczkiem.
Tak, tak. Wiem. Robak jest uważany za coś najmniej honorowego na Ziemi, ale czy to takie ważne?
Czy w ogóle robaka to obchodzi? Chyba nie.
Ten żyje sobie własnym życiem nie przejmując się niczym, nie przejmując się nawet tym, że kiedyś umrze i tylko zasili glebę o składniki, z których był złożony.
Nie myśląc nawet o tym przydaje się. To takie miłe.

Eh... Co ja piszę za bełkot tutaj... No nic...


„Wariaci zwykle wierzą w to, co robią. To czyni ich potężnymi.”
Chciałbym być wariatem...

środa, 6 marca 2013

#16 Ał.

Nie lubię, nie lubię, nie lubię, nie lubię, nie lubię, nie lubię, nielubię, nielubię, nielubię, nielubie... Tak bardzo. Nie lubię wszystkiego.
Wszystko mnie przytłacza.
Ogranicza.
Strasznie tego nienawidzę.
Nawet nie mam swojego własnego kąta, w którym mógłbym pobyć samemu.
A paradoksalnie doskwiera mi samotność.
To jest nielogiczne.
Otaczają mnie ludzie, spotykam ludzi codziennie.
Czuję się samotny. Groteskowo, niezrozumiale, przeogromnie nielogicznie samotny.
Odczuwam to codziennie. Każdego dnia, w każdej sytuacji, w każdej godzinie, minucie, sekundzie. Jedynie czasem ktoś mnie zirytuje na tyle, żebym mógł o tym zapomnieć.
Ale czy to jest lepsze? Wątpię.
Tak bardzo wątpię.

Dla mnie wszystko jest wątpliwe - zauważyłem.
Nawet to co jest pewne przecież może okazać się nieprawdą.
Wiem to.
Jest to cholernie irytujące i nie lubię tego.

A propos - nie lubię jednej rzeczy.
Ale ta już jest tak bardzo przyziemna, że wkurwia mnie bardziej niż wszystko inne.
Wyobraźcie sobie sytuację:
Jadę sobie tramwajem jakby nigdy nic. Pierwszy przystanek, drugi, trzeci.
Nic się nie dzieje, bo co miałoby się dziać? Ludzie wsiadają, wysiadają. Ktoś ustąpi staruszce miejsca, ktoś inny jest wpatrzony w okno. Nic ciekawego.
Ale nagle nastaje chwila, kiedy trzeba wysiąść. Podchodzi się do drzwi, naciska przycisk, żeby się otworzyły.
Drzwi rozwierają się może nie w błyskawicznym tempie, ale nie można narzekać.
I co się przed sobą widzi? MUR LUDZI DWADZIEŚCIA CENTYMETRÓW OD DRZWI.
NO KURWA. CZY NIKT NIE POTRAFI ZROZUMIEĆ, ŻE NAJPIERW LUDZIE WYSIADAJĄ I POWINNO IM SIĘ ZROBIĆ PRZEJŚCIE?
GDZIE ONI SIĘ SPIESZĄ O TEJ GODZINIE?
Dla mnie to jest nielogiczne.
Dla mnie to jest tak nielogiczne, że wkurwia na potęgę. Jak widać.

Uh... Miałem jeszcze coś napisać, ale jednak to pieprzę. Napiszę następnym razem...

Nie wiem czemu, ale słuchając ten utwór z OST'a z Accel World czuję się tak beztrosko, tak miło. Tak szczęśliwie. Jakbym miał się rozpłynąć. Tym bardziej, że o beztrosce zapomniałem już dawno temu...

niedziela, 3 marca 2013

#15 Serio...?

Huh... Ktoś tam niżej chciał posta... Okej.





















TAKI CHUJ. ;-;
Tak, kolejny taki wpis, problem?

"Ci, którzy są obdarzeni mądrością, są największymi głupcami."
Tyle w temacie. 

niedziela, 24 lutego 2013

#14 Koniec ferii

Dzisiaj nadszedł niespodziewanie i niepostrzeżenie. Straszny, acz nieunikniony: koniec ferii.
Nigdy się tak nie czułem, ale wydaje mi się jakby powrót do rzeczywistości miał być czymś najgorszym na świecie. Chciałbym, żeby te ferie trwały i trwały.
Niestety, co oczywiste, nie może tak być.

Znów wrócę do szkoły, zacznę się uczyć.
Co prawda w czasie ferii się rozleniwiłem, więc znów będę musiał zacząć coś konstruktywnego.
Coś więcej konstruktywnego.
Ale to jest taaaakie trudne.
Jestem urodzonym leniem, który nie chce się pogodzić ze swoim przeznaczeniem.
Tak dramatycznie, że ja pierdolę, eh. ;-;

Mam nadzieję, że jak wrócę do normalności i nie będę miał tak wiele czasu na myślenie to moja psychika znów wróci do stabilnego stanu.
Acz trup też jest w stanie stabilnym, więc nie jest to zbytnie pocieszenie.
Jednak nie będę tego tak mocno odczuwał, tak myślę.

A teraz idę grać w FarCry'a, więc siema. <3


Trochę nightcore'u na dobranoc. ;-;

czwartek, 21 lutego 2013

#13 Nienormalny

Tak. Jestem nienormalny. Jestem pojebany. Nie wiem nawet co ja robię ze swoim życiem. Wszystko umiem spierdolić, nawet jeśli chcę, żeby było dobrze. Dlaczego? Nie wiem.

Kolejna rzecz, której nie wiem. Naprawdę, mógłbym wygrać plebiscyt na największą ofiarę roku chociaż dopiero co się zaczął, ale to też mi się nie uda, bo ja potrafiłbym spierdolić nawet to.

Czemu to piszę? W zasadzie nie wiem. Chyba użalam się nad sobą.
Ale co jest tutaj najdziwniejsze? Moje relacje z innymi ludźmi.
Niby wszystko okej, bo potrafię zawrzeć dobre znajomości, przyjaźnie i tak dalej, a potem... No cóż, zaczynam odpierdalać i psuć wszystko. Zrażać wszystkich do siebie, mieć wyjebane.
Potem, jak już nagle okazuje się, że zostałem sam...
No cóż, zaczynam znów rozmawiać, znów się do kogoś przybliżyć
by znów, kurwa, zrobić to samo!
No ja pierdolę. Co jest ze mną nie tak?!

...

wtorek, 19 lutego 2013

#12 Ouch...

Dzisiejszy dzień zaczął się niezbyt przyjemnie. Musiałem iść do dentysty. Niby to nic takiego, ale potem zdrętwiałe pół twarzy... To już jest naprawdę męczące. Nie lubię jak nie mam czegoś pod kontrolą. Tym bardziej jeśli mowa o własnym ciele... Pomijając to, że ja nie mam niczego pod kontrolą. Niestety.

Praktycznie przed chwilą się natknąłem na taki cytat Mrożka:
"Jeśli ktoś mówi, że ma dystans do wszystkiego, to znaczy, że cierpi."
Czy to prawda? Nie wiem. Pomimo, że ja właśnie mam dystans do wszystkiego to... Nie wiem czy cierpią inni. Nie wiem nic o ludziach, którzy mnie otaczają. Są dla mnie jak skorupy, za którymi może coś się kryję, ale ja nawet nie chcę na to patrzeć. Dlaczego? Może dlatego, że się boję?
Ale czy cierpię? Nie wiem. Może trochę. Może bardzo. Może i wcale.
Nie wiem tego. Nie wiem czym jest cierpienie.
Nie wiem czym jest ból. Skąd miałbym wiedzieć?
Nigdy go nie doświadczyłem na sobie. Chyba.
A może po prostu go nie poznaję?
Może bagatelizuję go szukając problemu w czymś zupełnie innym?
Tak dużo pytań. ;-;
A ja nie potrafię na żadne z nich odpowiedzieć...


niedziela, 17 lutego 2013

#11 ...?

Huh, nie było mnie tu kilka dni. Ile się tu zmieniło... A nie, jest tu tak samo.

Ferie zajęły mnie wieloma rzeczami tak bardzo, że jakoś nie miałem czasu, by pisać tutaj. Niestety. Ale teraz mam nadzieję, że jakoś się ogarnę i wpisy będą już przychodzić zgodnie z planem.

Czy mam coś do przekazania? Nie, chyba nie. Wszystko toczy się swoim rytmem.
Próbuję się ciągle odnaleźć, ciągle ogarnąć swoje życie, siebie, swoje otoczenie. Próbuję je zrozumieć i w swój własny sposób przystosować się do niego. Powoli się mi to udaje, ale w bardzo żółwim tempie, więc nie wiem kiedy osiągnę jakieś konkretniejsze wyniki z tym związane. Pożyjemy, zobaczymy.

Ostatnio zacząłem oglądać Borgiów. Cholernie polecam. Urzekł mnie ten serial opowiadający o rodzie pełnym intryg, spisków i szemranych spraw. Uwielbiam takie rzeczy.

Coś więcej? Nie, chyba nie.


poniedziałek, 11 lutego 2013

#10 ; o

Nie pisałem tego wcześniej, bo miałem inne sprawy na głowie, ale muszę uroczyście oświadczyć, że od minionego weekendu mam FERIE. Hell yeah. Tak, i teraz większość z was się już kisi w szkołach oczekując przerwy wielkanocnej, a ja sobie leniuchuję i pożytkuję czas w o wiele bardziej konstruktywny sposób. Może musiałem się na to doczekać trochę, ale w końcu nadszedł ten czas i muszę powiedzieć, że cieszę się z tego powodu. c;

Chyba nie mam co pisać zbytnio. Dzisiaj byłem na zakupach i u fryzjera, o. A tak to nic się nie działo... prócz FERII. Hehe. Nie mogę.

Tak krótko dzisiaj, bo tak. c;

niedziela, 10 lutego 2013

#09 Północ.

Miałem napisać ten post wczoraj, ale z pewnych powodów byłem poza domem od 17 do teraz, a pisać miałem zamiar właśnie wieczorem, więc piszę go teraz. Wybaczcie... ktokolwiek to czyta.

Około północy spacerując po drodze, przy której domy i latarnie znajdowały się co najmniej kilkanaście metrów od siebie, więc cisza była piękna, chociaż wyglądało to trochę jak z horroru (a strasznie troszkę też było, bo wydawało mi się, że ciągle idą za mną jakieś dresy <3). Ważniejsze jednak jest to, co sobie tam uświadomiłem. Może nie było to jakieś wielkie odkrycie, ale zdałem sobie sprawę, że mam jeszcze więcej problemów niż mi się wydawało. Ostatnio skupiłem się tylko na sobie, co mi się nie podoba w moim postępowaniu, stylu życia, czego w sobie nie lubię i z czym się czuję źle, czego mi brakuje. Zupełnie jednak zapomniałem o otoczeniu, o tych, którzy mieliby być tymi najbliższymi. Teraz, gdy spadło to na mnie jak grom z nieba... nie wiem jak sobie z tym poradzić. Czuję bezradność, a musicie wiedzieć, że poczucia bezradności nie cierpię. Wręcz nienawidzę... chociaż mi często zdarza się je odczuwać... Uh...

Jestem skołowany i zdezorientowany. Nie wiem od czego miałbym zacząć, jak to wszystko naprawić. Mógłbym poczekać, bo niby czas leczy rany (więc może i problemy też, co?), ale nawet jeśli to będzie trwać latami, a jestem zbyt niecierpliwy, żeby pozostawiać wszystko losowi, który i tak jest nieprzewidywalny, a na dodatek perfidny i zgryźliwy. Chyba podziękuję mu za jego usługi i zabiorę się za to co muszę zrobić. Jednak najpierw musiałbym wiedzieć CO MUSZĘ ZROBIĆ. Nie wiem tego. Nie wiem czy chcę wiedzieć, ale stojąc w miejscu nic nie zdziałam. Bojąc się co może się stać, co się zmieni, gdy zacznę coś z tym robić nic nie zdziałam. Huh, będę musiał nad tym poważnie się zastanowić.

Mam jeden cytat, wiec mogę go przytoczyć. Może nie pasuje do sytuacji, ale... czemu nie:
"Książki nie są jedynie czymś, co się czyta. Są czymś na wzór medytacji."
I... może jeszcze piosenka? Choć może piosenką bym tego nie nazwał, ale idealnie odwzorowuje to jak się czuję w tej chwili:

 

wtorek, 5 lutego 2013

#07 Wtorek

Nie mam zbyt wiele do napisania. Jakoś specjalnie nie działo się nic co mogłoby mi dać do myślenia, skłonić do jakichkolwiek refleksji. Jestem już zmęczony. Szkołą, codzienną rutyną, próbowaniem kroczeniem naprzód. Na szczęście już za trzy dni mam ferie, a a co do ostatniego - nie mam zamiaru przestawać. Chcę w końcu stracić to poczucie, że każdy dzień przesypuje mi się między palcami, że tracę go bezpowrotnie. Chcę się kłaść do snu z poczuciem, że zrobiłem w trakcie dnia tak wiele ciekawych, może nie jakichś wyjątkowych czy zapierających dech w piersiach, ale normalnych, pozostawiających coś po sobie. Myślę, że chciałbym tak...

Nie wiem czy mi się uda, czy będę kiedyś tak potrafił, ale będę próbował. Marzę o tym, serio. Nie umiem przestać o tym myśleć, bo po prostu potrzebuję sensu, a będę to mieć dopiero wtedy, kiedy będę mógł powiedzieć, że nie tracę dni. Że nie tracę choćby jednej, pieprzonej godziny. Nie wiem czemu, ale jest to dla mnie ważne, bo teraz czuję się z tym źle. Cholernie źle. Próbuję coś z tym zrobić, ale bezowocnie. Przynajmniej na tę chwilę, bo ciągle i ciągle posuwam się do przodu w swoim postanowieniu i może będzie to trwać długo, ale nie poddam się.

Jeśli chodzi o wczorajszy i dzisiejszy dzień... Napisałem jeden tekst, kilka postów na PBF'ach... Oglądałem Sakurasou no Pet na Kanojo - tak, następne anime. Problem? c;
Do tego miałem w poniedziałek pracę klasową z matmy, za którą z pewnością dostanę jedynkę, a już jutro czeka na mnie praca klasowa z fizyki, która zapewne zakończy się równie słabym wynikiem. Po prostu już nie mam siły do nauki. Próbuję, ale nie przynosi to żadnych skutków. Niestety.


niedziela, 3 lutego 2013

#06 ...

HEJ. c;

Nie wiem czemu, ale dzisiaj mam jakoś dobry humor. Serio. Naprawdę dobry. Uśmiecham się nawet i to bez powodu. Pomijając to, że byłem zmuszony wstać o ósmej po czterogodzinnym śnie, ale czemu miałoby mi to przeszkadzać? Sen to strata czasu. Serio.

Nie wiem jak można lubić spać. Śpiąc nic się nie robi, nie jest się nawet świadomym. Nie myśli się, nie można nic zrobić. Nie cierpię tego. Oczywiście - mózg potrzebuje odpoczynku (pomijając to, że podczas snu można zaobserwować jego najwyższą aktywność... CHYBA GO POJEBAŁO), ale po co to wydłużyć? Nie lepiej skrócić to do minimum  i mieć więcej czasu na wszystko, móc wykorzystać jak najlepiej dzień (i część nocy c:)?

Wczoraj nie robiłem nic takiego. Siedziałem, myślałem, obejrzałem odcinek, tym razem innego anime, a powinienem się zabrać za seriale ;|, Maoyuu Maou Yuusha... Nie, nie pytajcie o czym to jest. Nie warto... chociaż mi się podoba. Może właśnie dlatego nie pytajcie, co? XD
Rozpocząłem test na egzorcystę na HellGates - PBF'ie (play by forum, gra fabularna na forum ;d) o tematyce religijnej apokalipsy i zacząłem pisać opisy stacji do Metro PBF - mojego projektu na podstawie uniwersum Metra autorstwa Glukhovskiego... no, tak naprawdę to jest projekt znajomego, ale całkiem dużo się udzielam w związku z nim, więc chyba mogę go nazywać też swoim, co?
Dopisałem też jeden akapit do mojego opowiadania, pisze się ciągle. Powoli, bo powoli, ale ciągle do przodu, nie?
Nie mogę powiedzieć, że ta sobota była jakoś specjalnie niekonstruktywna. Mogę powiedzieć, że nawet całkiem wiele zrobiłem. Przynajmniej część, co miałem zamiar zrobić, a to i tak duże osiągnięcie. Jestem z siebie dumny.
Dzisiaj... No, obudziłem się o ósmej - tak jak mówiłem. Potem z ojcem odwiedziliśmy babcię, a jeszcze potem, razem z nią, pojechaliśmy odwiedzić dziadka w szpitalu, który leżał tam już od kilku dni, ale niestety nie miałem zbytniej możliwości, by go odwiedzić. Ale już się dobrze czuje i powinien zostać wypisany już jutro, więc jest okej. c:

Od wczoraj nie daje mi to spokoju. ;)

piątek, 1 lutego 2013

#05 Weekend

W końcu weekend, w końcu czas błogiego lenistwa, który chciałbym przeznaczyć na wiele bardziej konstruktywnych rzeczy, ale rzeczywistość niestety znosi mnie do parteru, łapie za włosy i wali twarzą o ścianę kilka razy... mam nadzieję, że tylko kilka razy. Ale pomimo tego trzeba próbować, bo tak, bo bez próbowania nic się nie uda. Chyba.

Wczoraj nie działo się nic ciekawego. Naprawdę. Nudny, normalny czwartek. Oprócz kartkówki z fizyki, za którą dostałem jeden, bo nie było mnie na poprzedniej lekcji, tj. w poniedziałek. Dodatkowo obejrzałem jeden odcinek anime o tytule Amnesia.  Nie, nie ma to żadnego związku z grą. Opowiada o dziewczynie, która przez nieszczęśliwy wypadek (i duszka z innego wymiaru o imieniu Orion, który wpadł na nią przenosząc się do tego świata) straciła pamięć i musi nauczyć się znów funkcjonować wśród znajomych, przyjaciół i współpracowników w taki sposób, żeby nikt z nich tego nie zauważył. Niby wydaje się nudne i nieciekawe, ale przyprawione kilkoma problemami, o których się nie ma pojęcia i towarzyskimi dysonansami nagle okazuje się wciągającą historią.
Co do dzisiejszego dnia to był trochę ciekawszy... Żartowałem. Jeszcze większa nieciekawa nieciekawość niż poprzedniego dnia. W szkole wyglądałem jak zombie. Zresztą jak większość klasy. Biorąc pod uwagę to, że każdego piątku mam dziewięć lekcji jest to chyba zrozumiałe. Potem tylko spakowałem się w internacie, zagrałem jeden mecz w PES'a z kolegą i pojechałem starym, podskakującym na każdym mniejszym wyboju autobusie PKS'u. Nie polecam. c;

Niestety, ale nie mam żadnego dobrego tekstu, ani piosenki, ani niczego innego. Rutyna w ostatnich dniach mną zawładnęła. Zupełnie. Może innym razem.

środa, 30 stycznia 2013

#04 5 minut?


Sie-sie-sie-sie-sie-siemaaaaa!


Tak wyjątkowo (co brzmi co najmniej dziwnie przy zawrotnej liczbie czterech postów i nie ma się żadnego wyrobionego stylu ich pisania~) na pierwszy ogień poszła piosenka. Dlaczego? Ta nuta dała mi kilka myśli, które krążą po mojej głowie już od jakiegoś czasu, a że dzisiaj nie mam zupełnie o czym pisać to... znalazło się to.

5 minut, żeby coś zrobić? Żeby się na coś zdecydować? Przeważnie życie nie daje nam aż tak dużo czasu, ale to prawda - wiele sytuacji nie czeka godzinami na nasz ruch. Czasem trwają kilka minut, czasem sekund i tylko tyle czasu mamy na decyzję, na zrobienie czegoś co mogłoby wywrócić nasze życie o 180 stopni - czasem w pozytywnym sensie, zdarza się też zupełnie odwrotnie, ale nie ma się tego poczucia, że stoi się w miejscu i jest się na przegranej pozycji, bo się DZIAŁA. Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy ze spokojem mogą powiedzieć, że nic się w ich życiu nie dzieje, że stoją w miejscu i się im to podoba. Oczywiście - czasem trzeba przystanąć, odpocząć, by potem znów zacząć iść z jeszcze większym impetem.

A może te 5 minut to jedynie metafora życia? Tak krótkiego i znikomego w porównaniu do tego ile już istnieje Ziemia, ile istnieje nawet ludzkość. To jest jak pstryknięcie palcem, ot malutki moment, po którym od razu się zapomina, bo nie jest wcale takie ważne - jest jak wiele innych pstryknięć. Jednak to od nas zależy czy nadamy mu jakiegoś większego znaczenia, czy może jednak będzie proste, normalne, niewyróżniające się. A mamy na to tylko krótką chwilę, której chyba nie można zmarnować. Tak myślę...

ALE KONIEC GADANIA O PIERDOŁACH!


Porozmawiajmy o mnie. O tym co naprawdę jest tutaj ważne!~ (hehe, megalomania pełną parą, serio. c;)
Wczoraj... Co ja wczoraj robiłem? Zacząłem pisać swoje opowiadanie (mam cztery zdania. zawsze coś, co?) i się uśmiechałem. Dużo się uśmiechałem. Trochę dziwnie się z tym czuję, bo pomimo, że uważam, że uśmiech to jedna z najwspanialszych rzeczy wymyślonych przez człowieka to rzadko zdarza mi się to robić. Mało kto i mało co potrafi spowodować, by na mojej twarzy zagościł uśmiech, a z drugiej strony niektóre słowa w pewnych dniach (takie normalne, zupełnie. nic śmiesznego) mogą wywołać niepohamowany śmiech. Dziwne to to jest, ale nie powiem, że niefajne.
A dziś... Szkoła do 12:30 jak zawsze, więc jest fajnie, bo cały dzień mogę robić co chcę, a trochę sobie postanowiłem. Zobaczymy jak to wyjdzie. Niedawno zjadłem obiad i myślę, że zaraz zabiorę się za coś konstruktywnego (no, już się zabrałem, bo piszę posta, ale mam jeszcze wiele rzeczy, które chciałbym w końcu zrobić). Mam nadzieję, że mi się uda.

Trzymajcie się... Nie, dzisiaj nie ma żadnego cytatu. :|

poniedziałek, 28 stycznia 2013

#03 drink up one more time and I'll make you mine ~

Wpieprzam tosta. Siema. c:

Ostatnie dwa dni były taaaaaaaaaaakie nudne. W niedzielę nawet nie chciało mi się wstawać z łóżka, ale w końcu musiałem - lekarstw nikt za mnie nie weźmie, a przecież w końcu kiedyś musiałem wyzdrowieć, więc... zrobiłem co musiałem i wróciłem na swoje miejsce.
Co takiego tam robiłem? Oglądałem seriale. The Big Bang Theory i How I met your mother to dwa kawały dobrych sitcomów. Serio, serdecznie polecam.
A dzisiaj... zaczęło się oglądaniem Good Will Hunting, a potem zostałem zmuszony do wizyty u dentysty (kilkugodzinny bezwład wargi po zabiegu nie jest wcale taki fajny) i na mierzenie stopy do wkładek ortopedycznych - niestety, ale o 2 centymetry krótsza noga piechotą nie chodzi. ccc; (heheh, ale mi się udał żart) Potem już tylko zostało pojechać do internatu.

Co do psychiki - coraz lepiej. Nawet się czasem uśmiecham. To jest fajne, lubię się uśmiechać, pomimo, że wtedy wyglądam jakbym był co najmniej niedorozwinięty, ale przecież nie chodzi o to jak się z tym wygląda, a jak się z tym czuje. A nie powiedziałbym, by to uczucie było w jakimkolwiek aspekcie złe czy nieprzyjemne, wręcz przeciwnie. Uśmiechem można więcej zdziałać niż smutną, poważną miną.

W tej chwili strasznie mam fazę na właśnie Good Will Hunting, więc dam ten tekst:
"Musimy wybrać, kogo wpuścimy w nasz dziwny światek. Nie jesteś ideałem. I oszczędzę ci emocji: ta dziewczyna też nim nie jest. Problem w tym, czy idealnie do siebie pasujecie. Na tym polega bliskość. Ale o tym możesz się przekonać metodą prób i błędów."
I tak wyjątkowo, też piosenkę:

sobota, 26 stycznia 2013

#02 Sobota

CYCKI

Dzień dobry. c;

Miałem się obudzić z wieeeeeeelkim kacem, ale jak na złość mój organizm spłatał mi figla i budzę się z gorączką. Co prawda już od przedwczoraj czułem się źle, ale miałem nadzieję, że przejdzie mi i będę mógł iść na osiemnastkę znajomego, ale moje ciało zakrzyknęło radośnie "NIE!" i zaserwowało mi gorączkę, ból wszystkiego i powiększenie węzłów chłonnych. Dziękuję organizmie. <3

Ale co ważniejsze: JEST SOBOTA!!!!11111jedenjedenoneoneone
Sobota to taki czas, kiedy można nadrobić wszystkie zaległości w materii wszystkich zainteresowań i obowiązków, a jednocześnie jej aura jest tak skłaniająca do lenistwa i nieróbstwa, że pomimo wolnego czasu to poświęca się go na pierdoły.
Dlatego ten dzień nienawidzę i kocham jednocześnie.
A miałem przeredagować moje stare opowiadanie, które pisałem 4 lata temu (heheh, i tak tego nie zrobię ._.), zacząć nagrywać let's play'e czy vlogi, czy cokolwiek (tego też nie) i zacząć systematyzować mój dzień, by być bardziej ogarniętym. Jednakże jak już pisałem - zapewne nic z tego wszystkiego nie zrobię. Dlaczego?... BO NIE. :3

Ale przynajmniej nie chce mi się już leżeć w pozycji embrionalnej (chociaż i tak twierdzę, że jest naprawdę fajna). I tak - nadal mam pesymistyczne spojrzenie na świat. Bo wszystko chuj. Chociaż wrócił mój cynizm (z tym wygląda jakbym myślał pozytywnie), który czasem się ulatnia... może wyjeżdża na urlop, jakieś wakacje do ciepłych krajów, bo nie może ze mną wytrzymać i musi odpocząć? Zresztą mniejsza, ważne, że wrócił.

I w ogóle fajny cytat znalazłem. Proszę:
"Powaga jest tajemniczą postawą ciała, mającą na celu ukrycie defektów umysłu."
No i z tym was zostawiam.

czwartek, 24 stycznia 2013

#01 Początek

GÓWNO 

GÓWNO

GÓWNO

gównogównogównogównogównogównogównogównogównogównogównocycki

Witam. c:

Stworzyłem dzisiaj bloga. Tak, stworzyłem. Nie do wiary, prawda? Adres ma taki trochę bez sensu, bo co ma w ogóle jakiś sens? Właśnie. nic. Co z tego?

Dzisiaj nic się nie działo takiego co mógłbym opisać. Rutyna, jak zawsze. Nie wiem czemu nawet dopisałem "jak zawsze". Przecież rutyna sama w sobie jest "jak zawsze", więc nie ma wymogu, by to pisać, nie?

Ogólnie to chciałbym się wtopić w otoczenie, zalęgnąć gdzieś i leżeć. Tak, leżeć. W pozycji embrionalnej. Tak fajnie, można się poczuć jak ktoś, kto się nawet nie urodził. Zabawnie, nie? Niby się istnieje, ale to uczucie powoduje, że jest się naprawdę beztroskim.

No... to byłoby na tyle...