Nadal mam poczucie jakbym pisał tutaj niepotrzebnie i to wszystko jest bez sensu (choć w istocie jest jak zresztą wskazuje tytuł bloga). Nie pisałem tutaj od lipca. Niemal dwa miesiące. Nie wydaje mi się, żeby był to szmat czasu. Żeby było to długo. Ot, wakacje, podczas których nawet nie zrobiłem nic konstruktywnego, z czego mógłbym być zadowolony, rozleniwiły mnie i sprawiły, że nie miałem w ogóle motywacji do czegokolwiek... Teraz zresztą też nie mam.
Ten wpis piszę już od tygodnia, może dwóch. Nie potrafię się za to zabrać. Jak zresztą za wszystko, co kiedykolwiek zacząłem. Wkurwia mnie to ostro. Mój słomiany zapał jest tym, czego chyba w sobie najbardziej nienawidzę (oprócz bycia aspołecznym typem i nieumienia ludzi). Zawsze zaczyna się całkiem spoko i ogarniam najpierw na luzie, a potem idzie mi coraz ciężej.
I ciężej.
I ciężej.
Aż nie mam ochoty ruszyć dłonią w tym kierunku. Nie wiem czemu taki jestem. W sumie chyba nawet nie wiem jaki jestem, ale to już zupełnie inna kwestia. Ważniejsze jest to, że bardzo szybko tracę z oczu cel.
A może właśnie nigdy nie obieram żadnego celu i robię wiele rzeczy dla samego robienia ich? Może gdybym miał w tym jakikolwiek cel przychodziłoby mi to łatwiej? Przeważnie obieram za cel to, co jest trudne do osiągnięcia. Oczywiście, trzeba sobie zawieszać wysoko poprzeczkę, ale czasem może być już ZA wysoko. Tak też się zdarza, a ja się często na tym łapię.
Trudno.
Od początku wakacji próbuję przebić się przez "Dolinę Issy" Miłosza. Jak dla mnie jest to trudna lektura. Zdecydowanie za trudna, lecz jeśli już zacząłem to chcę to skończyć. Może nie powinienem się za to zabierać, lecz w pewien dziwaczny sposób chcę wiedzieć co stanie się dalej, choć w fabule praktycznie nic się nie dzieje... a jednocześnie tak wiele. Może to jedynie moje wrażenie, lecz ta powieść całkowicie mnie oczarowała, jednocześnie odrzucając. Jest to dziwaczne.
W sumie tak samo jak z tym blogiem - nie chce mi się, a jednocześnie daje mi to w pewien sposób spokój. Dlatego piszę, choć nie wiem po co i dlaczego.