Zorientowałem się, że jest we mnie tyle lęku przed ludźmi. Ogromna ilość.
Wszystko na siebie się nakłada i... Ale od początku.
Zostałem wychowany w taki sposób, bym się niespecjalnie wychylał i raczej bym uważał, by nikogo nie urazić. To po pierwsze.
Po drugie. Moje przeżycia, to co dotychczasowo przeżyłem. Nie będę się rozdrabniał, lecz po prostu sprawiło to, że zamknąłem się na ludzi.
Trzecie. Nie chcę ranić ludzi. Ranienie ludzi jest dla mnie porażką za każdym razem.
Tutaj zaczynają się schody, bo moja psychika znacznie uprościła proces myślowy w tym zakresie.
1. Możliwość ranienia ludzi istnieje wtedy, kiedy pojawiają się więzi.
2. Więzi pojawiają się wtedy, kiedy ludzie ze sobą przebywają, rozmawiają, poznają siebie.
Wniosek: Nie rozmawiając z ludźmi nie zawiązuje się więzi, więc nawet nie ma szans, bym mógł kogoś zranić. Voila.
Pojebało mnie.
Ostro mnie pojebało.
Nie wiem czemu tak myślę.
Nie umiem sobie z tym poradzić i trudno nie stwierdzić, że mnie to niszczy.
Chyba.
Wpadłem w marazm. Nie mogę się za nic zabrać, a jeśli o tym myślę, to coraz mniej mi się chce zastanawiać nad tym co mogę porobić, przez co nie chce mi się podwójnie, a nawet potrójnie.
W końcu nie robię nic.
Bezmyślnie gapię się w ekran bez jakiejkolwiek możliwości twórczych, których tak bardzo pragnę.
Bez tworzenia jestem nikim... No, z tworzeniem zresztą też, ale wtedy jestem mniej nikim, a to już coś. A chciałbym być kimś, lecz do tego jeszcze długa droga... jeśli w ogóle dotąd dotrę kiedykolwiek. Nigdy nie wiadomo, kiedy kończy się droga.
Zdecydowanie za dużo tutaj wrzuciłem, ale to nie mój problem.