Baza cytatów

czwartek, 12 grudnia 2013

Scena nr 27. Finał.

Jest godzina 23:33, a dzień 11 grudnia 2013 roku, kiedy zacząłem tego posta.
To ostatni post na tym blogu. Dlaczego? Tak po prostu.
Nie mam żadnego powodu, by go kończyć.
Nie miałem też żadnego powodu, by go zaczynać.
Nie miałem i nie mam żadnego powodu, by go prowadzić.
Był to kaprys.
Jak każdy inny.
Jak życie.
Jak poranna herbata.
Jak miłość.
Jak to, że trzeba zakładać bieliznę codziennie rano.
Kaprysem nawet jest to, że słońce wstaje codziennie rano.
Bo czym innym? Codziennym rytmem? Śmiechu warte.
Nie ma czegoś takiego jak codzienność.
Codzienność jest sztucznie stworzona przez człowieka, by ten poczuł się bezpiecznie.
Bezpieczeństwo to iluzja.
Niebezpieczeństwo także.
Rzeczywistością są rany, które mogą zostać zadane przez tę iluzję.
To je odczuwasz. Odczuwasz rany psychiczne, które niebezpieczeństwo na Tobie wywiera. Nazywasz to strachem, obawą, zazdrością, czymkolwiek. Każda emocja to rana.
A potem już zostają rany fizyczne... To już jest nic wielkiego.

00:24 12 grudnia 2013. Dobranoc.

wtorek, 1 października 2013

#26 Hm.

Piszę dalej. Bo tak. Taki kaprys, choć nie ma to większego znaczenia.
Zorientowałem się, że jest we mnie tyle lęku przed ludźmi. Ogromna ilość.
Wszystko na siebie się nakłada i... Ale od początku.
Zostałem wychowany w taki sposób, bym się niespecjalnie wychylał i raczej bym uważał, by nikogo nie urazić.  To po pierwsze.
Po drugie. Moje przeżycia, to co dotychczasowo przeżyłem. Nie będę się rozdrabniał, lecz po prostu sprawiło to, że zamknąłem się na ludzi.
Trzecie. Nie chcę ranić ludzi. Ranienie ludzi jest dla mnie porażką za każdym razem.
Tutaj zaczynają się schody, bo moja psychika znacznie uprościła proces myślowy w tym zakresie.
1. Możliwość ranienia ludzi istnieje wtedy, kiedy pojawiają się więzi.
2. Więzi pojawiają się wtedy, kiedy ludzie ze sobą przebywają, rozmawiają, poznają siebie.
Wniosek: Nie rozmawiając z ludźmi nie zawiązuje się więzi, więc nawet nie ma szans, bym mógł kogoś zranić. Voila.
Pojebało mnie.
Ostro mnie pojebało.
Nie wiem czemu tak myślę.
Nie umiem sobie z tym poradzić i trudno nie stwierdzić, że mnie to niszczy.
Chyba.

Wpadłem w marazm. Nie mogę się za nic zabrać, a jeśli o tym myślę, to coraz mniej mi się chce zastanawiać nad tym co mogę porobić, przez co nie chce mi się podwójnie, a nawet potrójnie.
W końcu nie robię nic.
Bezmyślnie gapię się w ekran bez jakiejkolwiek możliwości twórczych, których tak bardzo pragnę.
Bez tworzenia jestem nikim... No, z tworzeniem zresztą też, ale wtedy jestem mniej nikim, a to już coś. A chciałbym być kimś, lecz do tego jeszcze długa droga... jeśli w ogóle dotąd dotrę kiedykolwiek. Nigdy nie wiadomo, kiedy kończy się droga.


 Zdecydowanie za dużo tutaj wrzuciłem, ale to nie mój problem.

czwartek, 26 września 2013

#25

Dwudziesty piąty wpis (według mojej numeracji). Już jedna czwarta setki, a ja nadal nie wiem o czym konkretnie pisać. Nie wiem nawet czy pisać. Najpierw powinienem ogarnąć życie, ale w sumie życie nie jest mi tak bardzo potrzebne, choć moja bezowocna egzystencja powinna się zmienić na... bardziej owocną. Przynajmniej chciałbym, by taka się stała.
Tymczasem wrzucam zdjęcie kota, które znalazłem na dA.
Jeszcze jedno, a co, nie będę żałować.
Smutno mi. Mocno.
 

środa, 25 września 2013

#24 ..?

Nadal mam poczucie  jakbym pisał tutaj niepotrzebnie i to wszystko jest bez sensu (choć w istocie jest jak zresztą wskazuje tytuł bloga). Nie pisałem tutaj od lipca. Niemal dwa miesiące. Nie wydaje mi się, żeby był to szmat czasu. Żeby było to długo. Ot, wakacje, podczas których nawet nie zrobiłem nic konstruktywnego, z czego mógłbym być zadowolony, rozleniwiły mnie i sprawiły, że nie miałem w ogóle motywacji do czegokolwiek... Teraz zresztą też nie mam.

Ten wpis piszę już od tygodnia, może dwóch. Nie potrafię się za to zabrać. Jak zresztą za wszystko, co kiedykolwiek zacząłem. Wkurwia mnie to ostro.  Mój słomiany zapał jest tym, czego chyba w sobie najbardziej nienawidzę (oprócz bycia aspołecznym typem i nieumienia ludzi). Zawsze zaczyna się całkiem spoko i ogarniam najpierw na luzie, a potem idzie mi coraz ciężej.
I ciężej.
I ciężej.
Aż nie mam ochoty ruszyć dłonią w tym kierunku. Nie wiem czemu taki jestem. W sumie chyba nawet nie wiem jaki jestem, ale to już zupełnie inna kwestia. Ważniejsze jest to, że bardzo szybko tracę z oczu cel.
A może właśnie nigdy nie obieram żadnego celu i robię wiele rzeczy dla samego robienia ich? Może gdybym miał w tym jakikolwiek cel przychodziłoby mi to łatwiej? Przeważnie obieram za cel to, co jest trudne do osiągnięcia. Oczywiście, trzeba sobie zawieszać wysoko poprzeczkę, ale czasem może być już ZA wysoko. Tak też się zdarza, a ja się często na tym łapię.
Trudno.

Od początku wakacji próbuję przebić się przez "Dolinę Issy" Miłosza. Jak dla mnie jest to trudna lektura. Zdecydowanie za trudna, lecz jeśli już zacząłem to chcę to skończyć. Może nie powinienem się za to zabierać, lecz w pewien dziwaczny sposób chcę wiedzieć co stanie się dalej, choć w fabule praktycznie nic się nie dzieje... a jednocześnie tak wiele. Może to jedynie moje wrażenie, lecz ta powieść całkowicie mnie oczarowała, jednocześnie odrzucając. Jest to dziwaczne.

W sumie tak samo jak z tym blogiem - nie chce mi się, a jednocześnie daje mi to w pewien sposób spokój. Dlatego piszę, choć nie wiem po co i dlaczego.

środa, 24 lipca 2013

#23

Nie wiem po co tu piszę. Nie widzę w tym sensu, bo i tak nikt tego nie czyta.
W zasadzie na tym powinien skończyć się ten wpis.
Po co więcej pisać?
Właśnie.
To tyle.

czwartek, 20 czerwca 2013

#22 Anty-Utopia

Nie wiem po co to piszę, bo to pewnie nie będzie mieć w ogóle sensu, ani nikogo to nie interesuje, ale z drugiej strony to mój blog i gówno powinno kogokolwiek interesować co tutaj wstawiam, więc będę pisał to co będę chciał, bo po prostu mogę i nikt mi nie zabroni. :)
Tak po prostu.

Ostatnio sobie myślałem, że chciałbym przeczytać "Nowy, wspaniały świat" Huxleya czy "Rok 1984" Orwella. Myślałem, że chciałbym dowiedzieć się czym jest antyutopia, co się z tym je i w ogóle. Jednakże zupełnie zapomniałem o pewnej książce Raya Bradbury'ego "451 stopni Fahrenheita", którą czytałem dobre kilka(naście) miesięcy temu.

Tytułowa temperatura nie jest niczym innym jak temperaturą, w której pali się papier. W powieści Guy Montag - tytułowy bohater i strażak (w tamtym świecie strażak jest człowiekiem z miotaczem ognia, który pali książki) - już na pierwszych stronach spotyka Klarysę. Kilkunastoletnią sąsiadkę z domu obok, w którym nie ogląda się telewizji, a zamiast tego często słychać śmiech i czuć rodzinną atmosferę na kilometr. W tym momencie zaczyna się zmieniać jego życie. Zaczyna czytać książki - bo to one zawierają w sobie tak wiele - i momentalnie zmienia się jego nastawienie do świata. Jego życie zaczęło nabierać sensu. Czy książki mają taką moc? Wydaje mi się, że nie. One jedynie wzbudzają uczucia i emocje, które nas porywają, zmieniają i kształtują na swoją modłę. Wracając - bezbarwna, bezemocjonalna egzystencja zmieniła się w coś o wiele więcej. Pełną emocji i marzeń rzeczywistość, w której ten mężczyzna istniał... Choć o niej zdał sobie sprawę trochę za późno.
W książce twierdzono, że literatura to największe zło. Oczywiście - nie było wojen, kłótni, bójek, nienawiści, ale też nie było radości, smutku, szczęścia, miłości. Niczego co nadaje światu tyle sensu. To tak jakby zostawić pusty karton po mleku, a zawartość wyrzucić, bo można się zachłysnąć płynem... Albo wyrzucić zapałki, bo może się zaprószyć ogień. Niedorzeczne...

Dzisiaj, w zasadzie przed chwilą, oglądałem film "Equilibrium" Kurta Wimmera... Znowu historia o świecie bez uczuć. Bez emocji. Bez kontaktów międzyludzkich. Jedynie egzystencja, która nie ma sensu. Która istnieje tylko, by istnieć, a oddechy są jedynie zegarem, który odlicza czas do końca. Nie chciałbym żyć w takim świecie. Choć mogę się bardzo utożsamiać w myśl dekadentyzmu, to osobiście lubię czuć. Lubię odczuwać wszystko, czego doświadczam. Nie chciałbym być pustą kukłą, która chodzi, by chodzić, mówi, by mówić, a słucha, by słuchać. Robić coś dla samego robienia. Musi być to irytujące.

To chyba wszystko... Dobranoc.

wtorek, 11 czerwca 2013

#21 całe44dniodpoprzedniegowpisuhehe

DZIEEEEEEEEEEEEEEeeeeeEEEEEńdOOOOOOOOOOoooooOOOOOobryyyyy.

Mniej lub bardziej, ale zawsze, nie?

Dawno nie pisałem, co? Też tak myślę, ale lepiej późno niż wcale.
W zasadzie to nie wiem o czym mam pisać, ale czemu nie.
Kto mi zabroni. XDDDDD
W zasadzie chciałbym odpowiedzieć sobie w tym wpisie na jedno pytanie. Chyba ważne w pewnym sensie.
CO JA, KURWA, ROBIŁEM PRZEZ OSTATNI MIESIĄC?! XD
Cóż... Co takiego mogłem robić?
Czytałem, o!

"Cień wiatru" - kolejna powieść autorstwa Carlosa Ruiza Zafona, którą przeczytałem. Wydaje mi się nawet lepsza od "Gry anioła" ... Jest bardziej mroczna, bardziej tajemnicza. Pokazuje beznadziejność świata. To, że człowiek ma w sobie zło, które czeka tylko, by się uwolnić. Pokazuje cierpienie, które może zniszczyć człowieka. Dziwnie się czułem to czytając... Krótko mówiąc polecam.

Przeczytałem też w końcu "Metro 2034"... Jeśli o to chodzi: dobra powieść, ale bez polotu. Nic co mogłoby mnie przykuć do treści, wątku na dłużej. Ot, coś lekkiego, mało zajmującego. Coś dobrego na podróż pociągiem czy autobusem, lecz nie po to, by rozmyślać, wzbudzać w sobie refleksje.

Mało pisałem. Niestety. Chciałbym pisać więcej, mieć na to siłę. Na razie jej nie znalazłem. Nie wiem czemu. Muszę znaleźć sobie coś, co popchnęłoby mnie do działania, do pisania właściwie. Co to takiego będzie? Trudno powiedzieć, lecz wiem, że coś takiego musi istnieć. Gdzieś. Nie wiem czy w teraźniejszości, czy w przyszłości. A może już istniało? Byłoby nieciekawie...

Nic więcej na razie nie napiszę. Wiem, że to za mało na półtora miesiąca przerwy, lecz nic na to nie poradzę. Mam tak dużo do napisania, ale nie wiem jak mam to opisać... No cóż...