Otóż 20, 22 i 26 kwietnia zajrzało ok. 10 osób...
Dziwne, cholernie.
Udam, że nic takiego się nie stało. Serio. XD
Od razu przejdę do meritum, czyli to co się u mnie dzieje.
Tak, wiem. Nikogo to nie interesuje. Co z tego?
Chociaż nie... Nie mam co pisać co u mnie.
Nuda, rutyna, nic ciekawego.
Nuda, rutyna, nic ciekawego.
Wpadłem w tę irytującą pułapkę, z której tak trudno wyjść.
W końcu będzie trzeba to zrobić i dlatego piszę wpis na bloga.
Może to mi pomoże? Kto wie.
Ostatnio zacząłem, jak łatwo zauważyć spoglądając na jeden z bloków po boku, czytać "Grę anioła" Carlosa Ruiza Zafona.
Powieść jest o pisarzu. Takim jak każdy, ale z drugiej strony, który pisarz jest taki jak każdy? Prawdziwy pisarz jest unikatowy... Przynajmniej tak mi się wydaje. Właśnie z tego powodu ja - bezdenne lustro odbijające szarą, przeciętną rzeczywistość - nigdy nim nie zostanę, choćbym nawet bardzo chciał.
Ale przejdźmy do rzeczy - pisarz ten był porażką. Wrakiem człowieka bez jakiegokolwiek sensu życia, a jeśli nawet takowy znalazł, to ten znikał w mgnieniu oka pozostawiając go w odosobnieniu i rozpaczy.
Czasem myślę, że mógłbym się taki stać za jakiś szmat czasu. A nie chcę. Tak cholernie nie chcę, że moja krew odpłynęłaby z mej twarzy, gdyby to była kolejna fikcja. Ale tak się nie stanie, bo to rzeczywistość, do której człowiek jest tak przyzwyczajony, by nie reagować w sposób, jaki ukazuje nam fikcja.
Smutne, a zarazem takie normalne. Przyzwyczajenie do normalności, rutyny. Pogodzenie się z nią tak szybko, że nawet nikt się nie spostrzeże.
Chciałbym się od tego oderwać. Żeby każdy dzień był inny, interesujący. Może nie zapierający w piersiach, ale nie taki sam jak wczorajszy czy przedwczorajszy. To zaczyna być nużące do tego stopnia, że człowiek godzi się ze swym losem.
Chciałbym z tym walczyć, ale nie mam pojęcia w jaki sposób.
Nie ma to jak zacząć opisywać to, czego jestem w trakcie, a dopiero potem pisać o tym, co się skończyło. Taki rebel... i może właśnie przeciwstawienie się rutynie? Kto wie. ;)
Tutaj też będzie o czytaniu, bo czemu nie?
Skończyłem czytać esej literacki, o. "Jak powieść" Daniela Pennaca.
Głównie traktuje o czytaniu przez młodzież i opiniach rodziców na temat tego, co hamuje rozwój młodego człowieka jako czytelnika.
Autor neguje wszystkie przekonania o szkodliwości dzisiejszej epoki w tym aspekcie i przytacza ludzi, którzy swoim zachowaniem i czynami potrafili zachęcić młodych ludzi do czytania.
Cholernie mnie to zmusiło do refleksji i spowodowało, że dojrzałem jako czytelnik... Tak przynajmniej mi się wydaje.
Znalazłem też kilka całkiem dobrych sentencji czy myśli, które chciałbym tu przytoczyć...
"Kochać to, w ostatecznym rozrachunku, obdarowywać naszymi upodobaniami tych, których sobie upodobaliśmy."
"Gdyby tak za każdym razem rozpatrywać miłość pod kątem naszego rozkładu zajęć, kto by w ogóle ryzykował? Kto ma czas na bycie zakochanym? A przecież, czy ktoś kiedy widział, by zakochany żałował czasu na miłość?"
"Człowiek buduje domy, ponieważ żyje, ale pisze książki, bo wie, że umrze. Mieszka w gromadzie, bo jest stworzeniem stadnym, czyta natomiast, bo zdaje sobie sprawę ze swej samotności."Dwa pierwsze - jak widać - o miłości. Jak to można pięknie przyrównać miłość do czytania...
A ostatni? Z samotnością jestem za pan brat, więc pomyślałem, że to bardzo dobra myśl.
Pewnie z "Grą anioła" będzie tak samo, że wpiszę tutaj też kilka dobrych sentencji. Pewnie będzie ich jeszcze więcej, bo mam ich zapisanych już naprawdę dużo.
Kolejna rzecz. Naszła mnie pewna myśl.
Najlepsze jest to, że ta myśl naszła mnie podczas wożenia drewna do kotłowni. Zadziwiające, że te najciekawsze nachodzą mnie podczas tak prozaicznych i powtarzalnych rzeczy. Nieważne.
A więc: ludzie tworzą się sami i są tworzeni przez innych.
Człowiek może i rodzi się takim jaki jest, ale rzadko bywa, by nadal był taki przy tym, kiedy zaczyna mówić czy chodzić. Nie wspominając już nawet co potem.
Zaczyna się być wychowywanym przez rodziców, rozpieszczanym przez dziadków i wujostwo, deprymowanym przez starsze rodzeństwo, jeśli ma się takowe, czy kuzynostwo.
Pojawiają się pierwsze decyzje i wybory. Mało kto się nad tym wtedy zastanawia, ale nawet chyba to, i to w tak wczesnym wieku, nas kształtuje. Od początku.
Potem zaczyna się dorastanie, dojrzałość, a na koniec starość, kiedy jest się tak wykształtowanym, że samemu prawie nie da się wyjść z postawionych ram.
Człowiek jest jak księga, która na początku ma zapisaną jedynie jedną datę - urodzenia - by z wiekiem być zapełnianą. Każdego wersu nie można już zmienić i można pisać jedynie dalej. Do czasu. Do napisania ostatniej linijki z kolejną datą - datą śmierci. Dopiero wtedy człowiek jest. Pomimo, że tak naprawdę już go nie ma, to dopiero wtedy jest niezmienny. Gotowy, by zostać zapamiętanym.
To chyba tyle. Tak myślę. Ten wpis był cholernie czytelniczo-egzystencjalny. Cóż, zdarza się. Jak o czymś zapomniałem to pewnie napiszę w kolejnym wpisie. Pozwolę sobie na taką rozrzutność, a co.
A, i pozdrawiam Tyrdkę. o. c:
To tyle. Żegnam. Tam jest wyjście. :3
Ale jakby na to nie patrzeć to człowiek musi napisać cholernie ciekawą "książkę" żeby ktokolwiek chciał go zapamiętać. O większości ludzi się zapomina. Nie sądzisz Blaidd?
OdpowiedzUsuńNie sądzę. Nie trzeba się zapisać w księgach historii, żeby być kimś ważnym. Wystarczą dzieci, wnukowie, czasem nawet prawnukowie. Może to się wydaje czymś małym, ale jednak bardzo wyjątkowym.
UsuńAle w końcu pamięć o Tobie zaginie. Myślę, że to nawet sensowne rozwiązanie. Bo każdy kiedyś musi odpocząć.
Usuń